środa, 29 czerwca 2005

...

95s1024x768.jpg

wtorek, 28 czerwca 2005

...

jak się wraca z fabryki po takich dniach dziwadeł wszelkiej maści to sił psychicznych wystarcza na prysznic, zaparzenie herbaty i zero komplikacji intelektualno-ruchowo-ćwiczeniowych. na całe szczęście dom jest pusty więc nikomu ani w drogę nie wchodzę ani na mnie też nikt nie wejdzie. cisza, aż pachnie wanilią i nacukrowanymi truskawkami w kuchni. w rządku stoi trzydzieści słoików gotowych przyjąć tę słodycz po to żeby utrzymać ją do świąt Bożego Narodzenia na przykład. owocowa ciasnota smaku. esencja soku nadziei na lepszą porę przezimowania.
parzę tą herbatę odpisuję na esy kilku przyjaznych kobiet (cztery dobre znajome naraz esują o egzystencji, coś chyba jest w powietrzu dziś nie teges) i siadam na balkonie czując się przez moment jak wypalone dno starej studni na skraju lasu. dziwne. przez moment chciałabym być taką Melindą, która eksperymentuje i bawi się życiem. z drugiej strony ta druga Melinda we mnie boi się i wie, że zasady które przyjęła są zgoła inne. wychodzę wczoraj z dkf`u, późny wieczór i ta totalna jasność mnie omamia. gapię się zdziwiona w niebiesko-szarawo-białe niebo, jest jasno, ciepło, błogo... poważnie ... BŁOGO to jest odpowiednie określenie słowo. wyjść z innego (filmowego) świata i zderzyć się z ciepłą i jasną rzeczywistością. nagle ogarnia mnie taki lęk o kogoś kto jest na innym kontynencie. chciałabym być pewna, że też czuje się tak jak ja. odruchowo wyciągam telefon, posyłam tylko esa. nie, raczej nie potrafię tego odpowiednio nazwać, nawet nie próbuje. kupuje z Nibym cappuccino, wyciągamy swoje książki i czytamy prawie do północy przy lampkach, delikatnej muzyce i ciepłym powietrzu miejskiego lata. w drodze do domu rozmawiamy o seksie a raczej o tym jak uboga jest Polaków reakcja na ten właśnie temat. owa chora reakcja na seks jest taka sama jak antysemityzm, pada na mózg niezależnie od wykształcenia profesorowi i sprzątaczce. a przecież kochanie się jest przybliżeniem sobie odrobiny nieba tu na ziemi i zależy to tylko i wyłącznie od nas samych co i jak chcemy.

marzenia zdobywa się ponoć przez osmozę a nie negocjacje. no więc z Agulą ustaliłyśmy w bardzo spontaniczny sposób szybki plan wyjazdu wakacyjnego. parę telefonów i następująca kolejność: tatry-morze-kazimierz-bieszczady. amen. gładko poszło, wystarczy teraz przeczekać jedynie do 7 sierpnia. (pomijam fakt, że już mnie sumienie zżera, że bez Niego bez Niego...) ale taka jestem i albo się przyzwyczaję albo... innego wyjścia nie ma.

opowiadam jej o tym, że po paru latach pracy można się oduczyć naiwności, przestać wierzyć w przyjaźnie między znajomymi z którymi pracujemy; po paru latach przestaje ci zależeć na tym fabrycznym światku, tym żeby było dobrze, żeby się układało f a j n i e bo nigdy tak nie będzie. kończy się pracę, zabiera się swoje zabawki i spada się do swojego świata. taka jest prawdziwa rzeczywistość. za dużo widziałam i słyszałam żeby móc uwierzyć w coś innego. (obym się myliła bo być może kiedyś zostanę miło zaskoczona).

mam tak blade stopy i dłonie, że czasem się ich boję. to samo z workami pod oczami. jutro kolejny nocny dyżur. boję się. psychicznie wysiadam. to nie jest dobre miejsce dla mnie. wzięłam te dyżury żeby zająć sobie czas jak jk nie będzie i po to żeby zarobić. wstyd mi bo rodziciele zapychają oboje popołudniami żeby spłacić dług. więc musze im pomóc i zrobię to choćby nie wiem co. żadna ze mnie bohaterka, zwyczajnie wstyd mi za siebie, że widzę tylko mój własny czubek nosa.

i na koniec - jestem okropna ale Boże spraw żeby te dwie potencjalne ciąże okazały się fikcją, w przeciwnym wypadku ciężko będzie, oj ciężko.

na śmierć bym zapomniała wspomnieć o 27 czerwca! trzy lata temu zerwałam pewną miłość bez szans i bez sensu zresztą i tak go nie kochałam, to był cudny dzień. dwa lata temu broniłam magisterkę a przed obroną nie dość że nie umiałam otworzyć garażu to potem zabrakło mi nagle hamulcy ale wszystko ok skończyło się nocą z jk. rok temu też z jk zdobyłam szczyt o nazwie Łomnica Tatrzańska też ok. a w tym roku ... autentycznie z samego rana osrał mnie ptak. na szczęście. potem tre dziwno niebo i ... wierzę w magię 27 czerwca w moim życiu.

sobota, 25 czerwca 2005

skrótowo


odwracam stare zużyte schematy, przetrącam łby nie moim prawdom, kupionym bez namysłu, i stwarzam siebie na nowo na lepszym i prawdziwszym gruncie. odkrywam światy zakryte. wybaczam, naprawiam, rzucam przekleństwa i nieodmiennie się dziwię, że najciekawszą podróżą w życiu może być poznanie siebie, jak doskonalenie narzędzia, którego używa się przez całe życie, ale wciąż nie zna się jego wszystkich możliwości.

wszystko da się załatwić przez miłość. całą reszta to strach.

dla twórczości niezbędne są: wesołe usposobienie, spontaniczność, zdolność przeżywania chwili obecnej, doświadczania cudu, a także bycia dla siebie jedynym punktem odniesienia przy dokonywaniu wszelkich ocen.

czwartek, 23 czerwca 2005

...

no i co ja tam chciałam. ano że mam najkochańszego na świecie tatusia który to dziś rano usiadł na rower i pojechał do Lichenia. dzowni mi w godzinach popołudniowych violuś mamy 170 km w nogach i szukamy hotelu. no powiedzcie czyż nie jest rozkoszny?

co tam jeszcze. po licznych wkurwieniach fabryczny i innych romowach z zawistnymi zazdrosnymi chamowatymi ludźmi postanowiłam wziąć się w garść. i powiem szczerze mój świat po godzinie 16:00 staje się boski. no przecież te dzisiejsze 50 km z rodzicielką na rowerach i te zimne piwo w zachodzącycm słońcu to pełna rozkosz. a te plany weekendowe... pływam zwyczajnie pływam z radości.

przeglądam strony z cyfrówkami nie wiem na co się zdecydować. pachnie mi dziś wyjątkowo pewną osobą. jestem spokojna jak nigdy. mam parę nowych pomysłów i ciepłe spojrzenie na mój świat.

wtorek, 21 czerwca 2005

lato 2005r.


bo to Crazy zaczęła: sratatata pierwszy dzień lata. mamy lato wow! według wszelkich znaków na ziemi i niebie to po nim ma nastąpić poprawa mojego życia. wow! czekam. wiecznie na coś czekam. jedna z ulubionych znajomych niejaka Karolina F. zadeklarowała wczoraj przy nocnym piwie że wróciła na stałe. tylko mi nie mów kurwa dlaczego zostaje w tym pieprzonym kraju i dlaczego taka decyzja. no co ty moja droga, jestem ostatnim człekiem który by ci tak palnął, no może półtorej miesiąca temu jeszcze w przypływie złości tak ale teraz znowu jestem na ziemi. cieszy mnie to. przeglądamy oferty wakacyjne grecji i jest jakieś dziwne w pełni księżyca doładowanie bez euforii ale jednak. pęd z rana zaraz po przebudzeniu i ciągła myśl ze coś tam się dzieje a ja w tym nie uczestnicze i stąd te obawy że ze wszystkim kiedyś nie zdążę. znowu powrót do Crazy. biegać mi się chce opalać i tańczyć. czytać takie knigi jak "Wodospad" Oates i oglądać takie filmy jak "Lawendowe wzgórze" słuchać Pink Floydów i marzyć o innym wymiarze niż to kurewne biurowe przywiązanie do kawy.

to miłego lata kochani!

update
15 km zasuwam rowerem na 2 godzinną siatkówkę 15 km wracam i łapie muchy w oczy. już czuje jak zrzucam 5 km mojej nadwagi w dupie w ciągu najbliższych dni. drżyjta glizdy!
jk pisze, że póki co żadnych rewelacji w tym peru. tia.

niedziela, 19 czerwca 2005

każdy ma swoje tempo na zielonej mili.

dość spektakularnie wróciłam wieczorem do domu i usiadłam na balkonie. zawsze w takich momentach pomaga mocny napój i jeden jedyny papieros raz na pół roku. udawałam teatralnie, że jestem spokojna opanowana, że wszystko pod kontrolą i echy achy przed siostrunią średnią, że jesteśmy dorośli i takie tam. chuj. to nawet pomogło w sumie. tak teraz to analizuję. pomogło. to, że Nadka przez całe dni u nas. do tego maleństwa można się tak kochanie przyzwyczaić, że jak wieczorem Ją odwoziłam do nowego mieszkania to uciekałam szybko żeby nie widzieli mokrych oczu. 4 godziny myłam auto i 2 godziny biegałam po lesie. postanowiłam ostro powalczyć z kondycją. żeby wreszcie...
... wziąć ciepłą kąpiel, nalać zimnego piwa, ubrać branzoletę, którą przywiózł mi z Kenii, na nogi założyć kapcie z Kirgizji i zdrowo poryczeć się przy Zielonej Mili.


Boże, jak ja Go kocham.


"Nie interesuje mnie, czym się trudnisz. Chcę wiedzieć, nad czym bolejesz i czy śmiesz marzyć o spotkaniu z tym, za czym tęskni Twoje serce. Nie interesuje mnie, ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy gotów jesteś wyjść na głupca dla miłości, dla marzeń, przygody, jaką jest życie. Chcę wiedzieć, czy potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie na co dzień świeci słońce. Nie interesuje mnie, gdzie, jakie i u kogo pobierałeś nauki. Chcę wiedzieć, co cię podtrzymuje od środka, gdy wszystko inne odpada. Chcę wiedzieć, czy umiesz być sam ze sobą i czy naprawdę lubisz tego, z kim przystajesz w chwilach pustki." (Oriah Mountain Dreamer)

sobota, 18 czerwca 2005

...

na zatroskane pytania znajomych odpowiadam krótko: skończyły nam się zapasy pisco to jedzie po kolejne butelki do tego Peru. wielka rzecz.

i będę tęsknić i dzielnie czekać na kochanego mężczyznę. będę. połowa lipca tuż tuż. życzę Ci pozytywnych wrażeń i zero stresów.

kocham Cię

poniedziałek, 13 czerwca 2005

...

czuje się tak jakby puściły wszystkie plomby każdego otworu we mnie rumianek skurcze dreszcze standardowe mdłe zachowania praca angielski stowarzyszenie pustka w głowie w krwioobiegu pulsujący ból jestem do niczego, mam tak zawalone serce ale tak przepełnione, paraliżuje mnie to wszystko, wysiadam cztery przystanki wcześniej idę polami po drodze Jej oczy łagodzą, spokój spokój

wracam i gra tak jak chcę.

środa, 8 czerwca 2005

...

najzwyczajniej w świecie mam najzwyklejszego doła.

a potem czytam TO i ...

sobota, 4 czerwca 2005

...

pada deszcz i duszność zalewa oczy. uderzające krople o parapet działają uspokajająco i dokładnie takiej pogody potrzebuję na dzisiejszy wieczór. dokładnie takiej smutasowej głupiej pogody.

półtorej godziny usypiałam na rękach Nadulkę. pachnie cudownie. macha rączkami na wszystkie strony świata. gaworzy i eksperymentując bawi się głosem zdziwiona swoimi możliwościami. w ciągu minuty strzela setką różnych minek. oczko w głowie rodziców dziadków i ciotek... lepiej być nie może.

nastała faza ochrony samej siebie bo inaczej zwariuję. doprowadziłam do końca nie-moje sprawy. uporałam się z terminami. reszta mnie NIE INTERESUJE że ktoś jest zbyt ciemny, za mało sprytny, nazbyt cielepowaty i nie potrafi obronić własnej dupy.

egoistycznie chcę odpocząć, choćby i przez najbliższy miesiąc, chcę poczytać moje książki, popisać do mojej szuflady, połazić po swoich tematach, zająć się własnymi nie koniecznie przynoszącymi dochody sprawami, a przede wszystkim chcę spokoju od telefonów, sms`ów, mail`i od ludzi, którym się wydaje, że moim obowiązkiem jest pomóc! otóż nie moi drodzy, nie, nie jest!

ja wiem, być może to wynika z tego, że w pewnym momencie przyłapałam się na tym, że przełożyłam moją osobistą sprawę na drugi plan, na dalszy termin, że straciłabym na tym czasowo – finansowo i jakkolwiek i ... biegłabym z pomocą... się kurwa altruistka znalazła. z boku jednak to altruizm byłby żenujący, z boku to byłaby zwykła naiwność i niby się użalenie nad kimś kto to sprytnie potrafi wykorzystać. (dobrze, że mam ludzi, którzy czasem mi jeszcze oczy przecierają)

to tyle co do wyjaśnień.

no bo obroniłam się podyplomowo. dzięki serdeczne dla Piotra za 1,5 roku współpracy. jestem w lekkim szoku i nie bardzo wiem gdzie uciekło te parę dobrych lat studiowania – znowu wyczuwam głęboką studnię. poza tym jest nowa propozycja i podzieliłam w związku z tym kartkę na dwie części. po prawej będą pozytywy po lewej negatywy. jak podejmę decyzję wrócę żeby szerzej omówić. póki co mam oczy w ścianie i nie bardzo wiem jak to rozegrać. na szczęście mam sporo czasu na przemyślenia.

no więc wczoraj był dzień w którym odniosłam jakiś tam sukces albo inaczej dokończyłam coś co zaczęłam. brzmi dumnie a tak na serio to jakoś obyło się bez emocji i tryskającej radochy. nie wiem, może ze mną jest coś ostatnio nie tak. nie potrafię cieszyć się szaleńczo, nie potrafię już rzucić się na przykład komukolwiek na szyję z radością zdałam zdałam zdałam... jestem albo już stara albo jakaś wypalona emocjonalnie. albo. śnią mi się w nocy te dzieci zamknięte w słoiku, jęczą i płaczą i to o nich myślę przez cały dzień. wieczorem przyjeżdża JK i chciałabym mu tyle powiedzieć a mam gule w gardle i to nie z powodu tego, że nie będzie go przez 20 dni bo wyjeżdża do Peru. nie, moja złość tu niczego nie zmieni, niczego więc głupotą byłoby mieć jakiekolwiek pretensje. jedynie ścisk w sercu po usłyszeniu informacji czułam do połowy nocy. teraz jest już spokojnie i pogodnie i właściwie to jestem pewna, że ten wyjazd jest potrzebny bo potrzebna jest chyba odskocznia, nowe napełnienie akumulatorów. znacznie gorzej jest patrzeć na brak polotu, brak motywacji. bardziej martwi mnie wrażenie, jakie ostatnio odnoszę, że nie kleją się rozmowy, że jest ogólny dołek, że nadaję się już tylko do kolacyjek, tak do głupich kolacyjek. takie mam ostatnio wrażenie. a ja wolałabym wpieprzać kartofle z kefirem byleby mieć poczucie wspólnego szczęścia, zrozumienia, tęsknoty za sobą każdego dnia, wspólnego życia. bodajże córka Gucciego powiedziała, że wolałaby płakać w rols-roysie niż być szczęśliwą na rowerze. no więc wolę zdecydowanie dymać tym zasranym rowerem pod górę byleby czuć na plecach szczęśliwy wzrok bliskiej osoby pedałującej z tobą.

boję się tylko zachowania podobnego do tego przed ostatnim wyjazdem ale jestem już doświadczona i pokorne zejścia na drugi plan mam opanowane. a ostatecznie to może właśnie o to chodzi, żeby cierpliwie być z boku, wiedzieć kiedy usunąć się żeby nie przeszkadzać i nie burzyć czyjejś całości.

poza tym jestem dumna z niego i do znudzenia mogę powtarzać, że jest człowiekiem, który daje mi jedyną autentyczną i szczerą radość, kiedy ma spokojny i pewny głos, kiedy mówi do mnie i wyczuwam na pełnej linii, że jest w tym sens, szczerość i dobro. kiedy smaruje mnie wanilią przed komarami i chodzimy po lesie tak żeby nie spłoszyć dzikich kaczek, kiedy potem kochamy się i brak mi słów na te uczucie ciepła i pewności – i chciałabym tak pisać szczerze znacznie częściej.

z Ćmą dzisiaj chwytając przedpołudniowe promienie słońca jemy pierwszy kilogram truskawek, sok leje nam się po brodach, kupujemy sobie pierścionki, które mają nam dodawać wspólnej energii zwłaszcza w pokonywaniu informacji z nowego mieszkania K. śmiejemy się do dzieci oglądając darmowy spektakl pod tytułem – dzieci gołębie na rynku i wiatr porywający balony. potem po raz kolejny trafiamy na przypadkowy ślub w bazylice i słyszymy „Panie dobry jak chleb” i łzy płynął mi po twarzy...
... tak niewiele potrzeba czasem do szczęścia.